Ray Stray ti wa ni idagbasoke nipasẹ BlueTwelve Studio ati pe o jẹ imotuntun diẹ pe iwọ yoo gba iṣakoso ti ologbo ti o sọnu ni eto ọjọ -iwaju Shaikh ul Hadith wa Tafseer Maulana Mufti Zar Wali Khan laid the foundation of a jamiah in 1398 Hijra (jamiah arabia Ahsan ul Uloom). The objectives and goal Sławni wodzowie indiańscy. Amerykański Koń (Żelazna Tarcza) Amerykański Koń. Biała Antylopa. Biały Koń. Boją Się Nawet Jego Koni. Cochise. Czerwona Chmura. Czarny Jastrząb. Sudan Crisis: Indian national dies due to stray bullet injury; Jaishankar says ‘situation remains of great concern’ The Indian embassy in Sudan tweeted that Albert Augustine, an Indian national working for Dal Group, the country's largest conglomerate, had passed away from wounds caused by a "stray bullet" Kolejna roślina z mało wymagających. Choć lubi wilgoć i zraszanie. Ma właściwości oczyszczające powietrze, więc dobrze wycierać mu liście z kurzu, aby mogły spełniać swoją rolę. Ciekawostka: pochłania takie szkodliwe substancje jak benzen, formaldehyd, aceton i trójchloroetylen. Jak go uprawiać przeczytasz tutaj. freepik.com. I was a shy girl in school. I was the average girl, with glasses, oil in my hair, and a modest long skirt. But as I completed my 10th standard, my glasses were replaced with contact lenses, skirt became shorter, and I trimmed my hair. कुछ दिन बीत जाने के बाद इसने मुझसे पूछा क्‍या तुम वर्जिन हो XQYz. Wyprawa, która miała trwać osiem miesięcy, trwa do dziś. Mirek od pięciu lat bada języki i kulturę rdzennej ludności Peru. Na ekranie - twarz zabójcy. To czterdziestoletni Roger, Indianin Asheninka z wioski Aririca. Bezbarwnym, pozbawionym emocji głosem potwierdza, że strzelił do mężczyzny. Strzelił jako drugi, bo pierwszy był Fredy, jego siostrzeniec, który wymierzył do kobiety. Potem jeszcze koledzy wypuścili kilka strzał z łuku, a gdy już się upewnili, że kajakarze nie żyją, podpłynęli tym swoim peque-peque bliżej, wrzucili ciała do wody, składak pocięli, a sprzęt zarekwirowali. Na ekranie - amazońska dżungla i rzeka Ukajali, źli i dobrzy Indianie, rekonstrukcja wydarzeń sprzed czterech-pięciu miesięcy. Na sali w sopockim magistracie - bliscy i przyjaciele zamordowanych. Ci, którzy Celinę Mróz i Jarosława Frąckiewicza znali osobiście, oraz ci, którzy się tylko o nich otarli. Osoby związane z Kawiarenką pod Żaglami, której od paru miesięcy… nie ma. W pierwszym rzędzie - siostra Jarka, brat i ojciec Celiny. Starszy pan ma 85 lat. Całe życie córce kibicował. Gdy wyjeżdżała, ślęczał nad mapą i zaznaczał kolejne miejscowości, które mijała po drodze. Informowała go na bieżąco, a gdy nie mogła się skontaktować, prosiła przyjaciół, by przekazali tacie wiadomości. Z Peru też tak było. Aż do tamtego dnia. Teraz starszy pan wpatruje się w ekran, po policzkach płyną łzy. Ale widzą je tylko ci, którzy siedzą obok. Gdy film się kończy i ktoś włącza światło, wszystko jest jak przedtem. Emocje na wodzy, żadnych łez. W towarzystwie syna podchodzi do autora filmu, Mirosława Rajtera. Żeby podziękować. Właściwie wszyscy dziękują za to samo. Za obecność tu i tam. Za prawdę. Nikt nie ma złudzeń: gdyby Mirek Rajter, językoznawca i dokumentalista z Peru, oraz Tomek Surdel, dziennikarz z Argentyny, nie ruszyli nad Ukajali, do dziś nie wiedzielibyśmy, co się z Celiną i Jarkiem stało. Dlaczego nie wrócili do domu. Dlaczego Indianie zamordowali Polaków? Mirek, rocznik 1976, jest w Sopocie drugi raz. Po raz pierwszy był rok temu, gdy po czterech latach przyleciał z Peru w interesach i żeby odwiedzić rodzinę. Urodził się w Lubuskiem, w położonej wśród lasów i jezior miejscowości Trzciel, studiował w Poznaniu. Podróżował po Europie i Bliskim Wschodzie. Uczył się kolejnych języków. Poznał ich w sumie ponad 20. Zaczynając od rosyjskiego, niemieckiego, angielskiego, francuskiego, hiszpańskiego, przez chiński, arabski, a kończąc na keczua i machiguenga. Wszystko go fascynowało, z muzyką etniczną, archeologią, antropologią i filozofią włącznie. - Kiedy wyjechałeś do Peru? - W 2006 roku. Zainspirował mnie Marcin Obałek, który prowadził pionierskie badania archeologiczne w Boliwii. Właściwie to on namawiał mnie na wyprawę już wcześniej, w 2001 roku, ale wtedy to ja jeszcze studiowałem językoznawstwo i informację naukową na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza, pisałem pracę magisterską o dorobku założyciela polskiej egiptologii i orientologii, Antoniego Śmieszka. Nęciły mnie inne kierunki świata. Wybrałem się do Syrii, by poznać współczesnych Aramejczyków i języki semickie. Potem w Londynie zgłębiałem perski i pracowałem w handlu międzynarodowym. - Zaraz, zaraz. To ten Obałek od Traktoriady? - Oczywiście! Marcin w ramach wyprawy krajoznawczej "Ursusem dookoła świata" przemierzał ciągnikiem bezdroża Ameryki Południowej. Obecnie podróżuje konno, ostatnio spędził ponad siedem miesięcy w siodle na bezdrożach Argentyny i Chile. Pomyślałem wtedy, że warto zorganizować własną ekspedycję i przyjrzeć się stronie etnicznej tego regionu świata. Ruszyć śladami Arkadego Fiedlera i innych polskich podróżników. Zobaczyć tropikalną dżunglę, biegających nago Indian, strzelających z łuku. Doktor etnologii Kacper Świerk zwrócił moją uwagę na plemiona nad rzeką Urubamba w Peru, narażone na utratę rdzennej kultury. Tam potrzebne były prace badawcze i dokumentacyjne. Podobnie było w innych regionach tego kraju. Niektóre języki i tradycje umierały. Zacząłem zbierać pieniądze i wspólnie z dwoma kolegami organizować ekspedycję naukową. Wyjechałem. Lima, legendarne Cuzco i kultura Indian Quechua, preinkaski lud Jaqaru, lasy Madre de Dios i mieszkańcy dżungli. Słuchał opowieści, nagrywał, dokumentował. Peru jest cztery razy większe od Polski, ale kraj zamieszkuje ok. 100 grup etnicznych, mówiących 93 językami. Niektóre z tych języków są na skraju wymarcia, posługują się nimi np. dwie-trzy osoby. Połowa w ogóle nie jest udokumentowana. Dla lingwisty to praca na długie lata. Nic dziwnego, że wyprawa, która miała trwać osiem miesięcy, trwa do dziś. Mirek od pięciu lat bada języki i kulturę rdzennej ludności Peru, przyjaźni się z Indianami, współpracuje z Uniwersytetem San Marcos. W 2007 roku współorganizował nawet pierwszy kongres interkulturalny w Peru, dzięki czemu zaczęła się dyskusja na temat rdzennych plemion indiańskich. Łagodził konflikty w sprawie alfabetu, np. między Indianami Jakaru a uniwersyteckimi naukowcami. Pomagał ofiarom trzęsienia ziemi. Próbował ten ginący świat ratować. Gdy leci do Limy, mówi, że wraca do siebie. - Tam jest twój dom? - Tak. W Limie mam żonę Angelikę i czteroletnią córkę Izabelę Aleksandrę. Uczę je polskiego. - Żona jest Indianką? - Nie, to pani z miasta. Jest historyczką, wykształconą osobą i maluje paznokcie… Dom prowadzą otwarty, to centrum wymiany pomysłów i wiedzy. Spotykają się w nim bowiem przedstawiciele różnych grup etnicznych. Dla każdego jest miejsce. - Z czego się utrzymujesz? - Pracuję dla angielskiej firmy Best Foods Ltd., producenta, dystrybutora i importera żywności na rynku europejskim. Firma ma oddział w Gdyni, stąd wizyta w Trójmieście. Jestem szefem zakupów na całą Amerykę Południową, kupuję mrożone truskawki, borówki, maliny, kiwi, mango i inne specjały. Założyłem własne plantacje kawy i kakao. Mam kontrahentów w 44 krajach, znajomość tylu języków bardzo się przydaje. Moje projekty potrzebują pieniędzy, dzięki tej pracy mogę je finansować. Celina Mróz i Jarosław Frąckiewicz to podróżnicy i kajakarze z Gdańska. Ona - lat 58, on - 70. W kwietniu br. wyruszyli do Peru, by spłynąć Urubambą do miasteczka Atalaya, gdzie Urubamba łączy się z Tambo, tworząc Ukajali. A stamtąd - 600 kilometrów w dół, aż do miasta Pucallpa. Właściwie to chodziło im o Ukajali. Z powodu Arkadego Fiedlera i jego książki "Ryby śpiewają w Ukajali", którą się dawno temu zachwycili. Gdy w czerwcu nie wrócili do Polski, bliscy i przyjaciele wszczęli alarm. Postanowili zorganizować akcję poszukiwawczą, zaczęli zbierać pieniądze. Nad Ukajali miał wyruszyć Tomasz Surdel, dziennikarz z Buenos Aires w Argentynie, syn gdańskiej aktorki Joanny Bogackiej. - Skontaktował się ze mną Michał Kochańczyk, podróżnik z Gdańska - wspomina. - Poprosił o pomoc. Z Mirkiem skontaktowała się mieszkająca w Polsce siostra, poinformowała o zaginionych kajakarzach. Dlaczego Indianie zamordowali Polaków? - Znalazłem w internecie kontakt do rodziny i organizatorów akcji, zapytałem, co się stało i na własną rękę rozpocząłem poszukiwania, ruszyłem swoje kontakty w regionie - wspomina Mirek. - Gdy Tomek dotarł do Limy, zaproponował mi wyjazd do dżungli, potrzebował pomocy i towarzysza wyprawy. Nad wyjazdem zastanawiałem się kilka dni, to nie była łatwa decyzja. W Pucallpie dołączył znajomy Mirka, Ronald Suarez, Indianin Shipibo, dziennikarz i językoznawca, pomógł otworzyć wiele drzwi. Razem odwiedzili generała miejscowej policji i szefa marynarki wojennej. Potem polecieli do Atalaya, skąd kajakarze 26 maja wysłali ostatnią wiadomość. Szybko się okazało, że policja - mimo zapewnień - w sprawie zaginionych kajakarzy nawet nie kiwnęła palcem. Dopiero na prośbę Polaków zostały przekazane stosowne komunikaty, a lokalne rozgłośnie zaczęły nadawać informacje w indiańskich językach. - Wkrótce się pojawiły pierwsze wieści o zabitych pishtacos - mówi Mirek. - Do końca się łudziliśmy, że to nieprawda. To starsi ludzie, mówiliśmy, dlaczego ktoś miałby ich krzywdzić. Straciliśmy złudzenia, gdy zobaczyliśmy różne drobiazgi z polskimi napisami, znalezione przez policję w wiosce Aririca. Pishtacos, według indiańskich wierzeń, to źli ludzie, najczęściej biali, którzy zabijają, aby pobrać organy albo wyciąć tłuszcz, potrzebny do wyrobu kosmetyków lub paliwa do samolotów. Dlatego, zdaniem niektórych, trzeba zabijać pishtacos. W filmie, który Mirosław Rajter nakręcił, wije się Ukajali i widać indiańską wioskę. Widać też Rogera, który strzelił do Jarosława Frąckiewicza. Strzelił, bo jego siostrzeniec Fredy powiedział, że tych dwoje na rzece to pishtacos. Kazał ich dogonić i zabić. Ale Mirek twierdzi, że ta śmierć to nie kwestia wierzeń. - To byli zwyczajni bandyci, wyrzutki społeczeństwa - podkreśla. - Oni zaatakowali kajakarzy w celach rabunkowych. Stwierdzili, że tacy gringos na rzece to łatwy łup. Zabrali kamerę, aparat fotograficzny. - Nie wszyscy Indianie wierzą w pishtacos? - Jeden z oficerów policji tłumaczył nam, że pelacaras, czyli rodzaj pishtacos, to przesąd, w który bardziej wykształceni ludzie nie wierzą. Ale ten sam policjant wierzy w istnienie ducha tueche, który nawiedza okoliczne wioski… Dlaczego Indianie zamordowali Polaków? Mirosław Rajter już wcześniej był nad Urubambą i Ukajali, uczestniczył w kongresach indiańskich, wędrował po dżungli. Nigdy nie spotkał się z agresją ze strony Indian, choć chodził od wioski do wioski sam, bez przewodnika. - Może dlatego, że potrafię się wtopić w środowisko? - rozważa. - Staram się wyglądać i zachowywać tak jak miejscowi. Najbardziej życzliwi wydają się mu Indianie Shipibo, mieszkający nad środkowym Ukajali. - Oni są pogodni i bardzo rozleniwieni - uważa. - Siedzą sobie, nie przejmując się upływającym czasem. Zapewne z powodu nieprawdopodobnych upałów, które nie pozwalają opuścić domostw. Korzystają wyłącznie z tego, co natura daje. Przybyszów traktują z szacunkiem. Okolice górnej Ukajali, a więc Atalaya, oddalone od cywilizacji, już nie są tak bezpieczne. Tam zdarzają się napady, nie sięga jurysdykcja krajowa, trzeba bardzo uważać. Mieszkający tam Ashaninkowie mają naturę wojowników, bywają nieufni. To konsekwencja zdarzeń sprzed 20 lat. Podczas walk z partyzantami ze Świetlistego Szlaku, spośród 120 tysięcy Indian, zginęło wtedy 7000, a 30 tysięcy zostało okaleczonych. Ta trauma jest w nich do dziś. Zwłaszcza że rząd, kompletnie ich ignorując, porozumiewa się z różnymi międzynarodowymi firmami wydobywczymi ponad ich głowami. Sprawców było pięciu. Ich czyn został potępiony przez innych Indian. Dlatego liderzy Pierwszego Kongresu Ludów Rdzennych na rzecz Ogłoszenia Regionalizacji Federacji w prowincji Atalaya, który właśnie obradował, zdecydowali się na współpracę z policją i wymiarem sprawiedliwości. Rajter i Surdel też w tym kongresie uczestniczyli. Przesuwają się klatki filmu. Indianie w barwnych strojach wypełniają rzędy krzeseł. Indianin z komórką. Indianin z laptopem. Indianie zasłuchani. Indianie zasmuceni. Indianie z polską flagą. Następnego dnia oddziały samoobrony z wioski Tahuarapa, znajdującej się na drugim brzegu Ukajali, naprzeciwko wioski Aririca, schwytały Rogera. - Popłynęliśmy tam z Tomkiem - mówi Mirek. - Uczestniczyliśmy w wizji lokalnej i przesłuchaniu. Na zdjęciach Tomka Surdela - Mirek Rajter nad Ukajali. Wpatruje się w dal. Na kapeluszu przysiadł motyl. Dlaczego Indianie zamordowali Polaków? - On się pojawił podczas wizji lokalnej - mówi Tomek. - Dokładnie tam, gdzie zginęli Celina i Jarek. Mirek przypomina, że Indianie z peruwiańskiej Amazonii kilka dni później wydali oświadczenie. Przepraszają w nim krewnych Jarka i Celiny. Przepraszają naród polski. Przyznają, że czują się zawstydzeni tym, co zrobili Indianie z wioski Aririca. Obiecują, że dołożą starań, by winni zostali ukarani. Ale przypominają też o 500 latach kolonizacji europejskiej, łamaniu praw człowieka, niewolniczym wyzysku ze strony posiadaczy ziemskich i przelewie krwi z ręki Świetlistego Szlaku. O tysiącu ofiar i swojej krzywdzie. Główny prowodyr tego zabójstwa, Fredy, który zabrał większość rzeczy należących do Celiny i Jarka, nadal jest na wolności. Mirek przypuszcza, że schronił się wśród producentów i handlarzy kokainy. Nie bardzo wierzy, że uda się go schwytać. Na blogu Tomka Surdela - oświadczenie pod wymownym tytułem "To nie ja zabiłem". Musi się tłumaczyć, bo realizatorzy telewizyjnej Panoramy zrobili z niego Rogera, zatrzymanego przez peruwiańską policję. A jako Tomasz Surdel wystąpił na ekranie Michał Kochańczyk, przyjaciel zabitych, który koordynował akcję z Trójmiasta. Mirek Rajter pozostał w cieniu, jego wizerunek więc nie ucierpiał. Teraz przyjaciele kajakarzy wręczają mu miniaturowe wiosło, przecięte na pół. Dziękują, że tam był. Tam i tu. Za ten film. W końcowej scenie widać rzekę i widać dwie sylwetki, kobiety i mężczyzny. Patrzą z góry na meandrującą Ukajali. A przyjaciele mówią o innym filmie, na którym Celinę i Jarka można zobaczyć. To film promujący turystykę w rejonie Atalaya. Realizator uchwycił ich w kajaku, gdy płynęli rzeką Urubamba. Tą, która po połączeniu z Tambo tworzy Ukajali. Dlaczego Indianie zamordowali Polaków? Kiedy spotkasz na swojej drodze te stworzenia, musisz wiedzieć, że pod żadnym pozorem nie można się do nich zbliżać, a tym bardziej brać je na ręce. Oto najbardziej jadowite zwierzęta na świecie! 6. Hapalochlaena5. Skorpion żółty4. Wałęsak brazylijski3. Osa morska2. Kobra królewska1. Liściołaz żółty 6. Hapalochlaena Przed Wami ośmiornica zamieszkująca wody Oceanu Spokojnego. Jeżeli mięczak ten wyczuwa niebezpieczeństwo, na jego ramionach i płaszczu pojawiają się niebieskie krążki. Hapalochalena potrafi bezboleśnie ukłuć i wpuścić do organizmu tetrodotoksynę, która paraliżuje ciało. Większość ofiar ośmiornicy nie przeżywa doby po jej ukłuciu. 5. Skorpion żółty Tego pajęczaka spotkać możemy na pustyniach Afryki czy Bliskiego Wschodu. Skorpion ten potrafi wytrzymać ekstremalne warunki, więc wysokie temperatury i mała wilgotność powietrza nie są mu straszne. Jego jad od razu atakuje nasz układ nerwowy – uważany jest za jeden z najsilniejszych na świecie. 4. Wałęsak brazylijski Występuje w Ameryce Południowej i jest zaliczany do najgroźniejszych pająków na świecie. Jest to pająk nadrzewny, który prowadzi nocny tryb życia. Jego ugryzienie powoduje długotrwałą i bardzo bolesną erekcję, która może doprowadzić do śmierci. Pająk ten pojawia się również w Europie. Raz znaleziono go także w Polsce – siedział ukryty w kiści bananów, w jednym z supermarketów.. 3. Osa morska Jest to meduza, która występuje na północnych wybrzeżach Australii, Oceanie Spokojnym i patrzymy na tego parzydełkowca, nie wydaje się nam, że jest to jedno z najgroźniejszych stworzeń na Ziemi. Jego poparzenie zatruwa nasz organizm, atakując skórę, układ nerwowy i serce. Jeden osobnik jest w stanie zabić kilkadziesiąt osób. Niezły kiler. 2. Kobra królewska Jej naturalnym środowiskiem są najczęściej górskie lasy i bambusowe dżungle. Tego węża możemy spotkać w takich krajach jak: Bangladesz, Kambodża, Wietnam, Laos, Indonezja, Tajlandia, Malezja, Indiach czy Chinach. Jest najbardziej jadowitym gadem. Jedno ukąszenie może zabić dorosłego słonia. Po konfrontacji z kobrą królewską i bez pomocy medycznej, człowiek jest w stanie przeżyć maksymalnie kwadrans. 1. Liściołaz żółty Jest to najbardziej jadowity płaz na świecie. Chociaż z pozoru wydaje się być pięknie ubarwioną niegroźną żabką, to rzeczywistość jest po prostu mordercą. Liściołaz występuje w Kolumbii, a jego środowisko to wilgotny tropikalny las. Jeden gram jadu wytwarzanego przez tego płaza jest w stanie zabić 15 tysięcy ludzi. Indianie zatruwali swoje strzały właśnie tą substancją. Zobacz również: 5 nietypowych gatunków zwierząt, które można trzymać w domu A Ty,którego zwierzęcia najbardziej nie chciałbyś spotkać? Podziel się! (źródło: Kliknij, aby ocenić ten post! [Całkowite: 0 Średnia: 0] Datura nie zawsze musi kojarzyć się z rozstaniem, karawanem i pogrzebem. W wielu kulturach odejście człowieka to początek niezliczonych uroczystości na jego cześć. W sposób szczególny z bliskimi rozstawali się Indianie Ameryki mieszkańcy Ameryki Południowej wierzyli w zmartwychwstanie i dalsze życie duszy po śmierci. Duchy zmarłych przedstawiano jako istniejące i działające w roślinach, zwierzętach i przedmiotach. Miały one w sposób widzialny lub niewidzialny kontaktować się z człowiekiem i wpływać na jego los. Wszyscy zmarli mieli być dla żyjących pomocą, oraz pełnić rolę pośredników w kontaktach z bóstwami. Tym samym przyczyniać się do urodzaju i wysokich pogrzebowe wśród Indian Ameryki Południowej należały do niecodziennych zjawisk. Dominującą rolę odgrywały w nich kobiety. Wśród plemienia Abipon (dzisiejsze tereny północnej Argentyny), gdy ktoś umierał, kobiety - za wyjątkiem niezamężnych dziewcząt - gromadziły się razem, by przez dziesięć dni tańczyć w rytm bębnów i grzechotników. Opiewano przy tym wszelkie zalety zmarłego i żądano zemsty za jego śmierć. W zamian za to kobiety otrzymywały cenne podarki. Kobiety z plemienia Chibcha (w przeszłości zamieszkujący tereny dzisiejszej Kolumbii) z reguły towarzyszyły swym mężom w pośmiertnej podróży. W tym celu "płeć piękną" odurzano mieszanką narkotyków obejmujących chicha oraz tytoń. Specjalnym dodatkiem była datura, roślina, której korzeń, nasiona oraz liście służą do wyrobu środków narkotycznych. Następnie kobiety - towarzyszki życia - grzebano okres żałoby obchodzono wśród plemion Tereno i Aymara, dziś nieliczni mieszkańcy Peru. W pierwszym przypadku matka i żona zmarłego przez miesiąc od śmierci mężczyzny rozrywały sobie piersi ostrymi kawałkami drzewa. Rany zaś nacierały wilgotną ziemią, siedząc bez odzieży w rogu chaty. Nie mogły w tym czasie na nikogo spojrzeć i z nikim nie wolno im było rozmawiać. W drugim przypadku dochodziło do scen jeszcze bardziej niecodziennych. Otóż w momencie śmierci kobiety w połogu lub kobiety, którą podejrzewano, że jest czarownicą, grzebano ją twarzą do ziemi. Czasami ciała palono, w obawie przed pożarciem przez zwierzęta. Stosunkowo częstym zjawiskiem związanym ze śmiercią bliskiej osoby było obcinanie palców. Wśród plemion Timbu kobiety czyniły to przy okazji każdej śmierci. Gdy brakowało palców u rąk, obcinały palce u nóg. Z kolei kobiety z plemienia Charrua (obszar Urugwaju) nie tylko obcinały palce, ale także raniły sobie biodra, ramiona nożami lub włócznią zdarzały się także sytuacje stosunkowo zabawne. Kobiety z plemienia Warrau (tereny dzisiejszej Wenezueli) po śmierci małżonka wyciągały z ziemi wszystkie rośliny, które zmarły wcześniej posadził. Niewiele plemion przetrwało do dnia dzisiejszego. W znacznej mierze zostali wyparci przez cywilizację europejską w czasach kolonializmu. Ci, którzy potrafili się przeciwstawić (zwłaszcza plemiona znad Amazonki) kultywują nadal piękne, niecodzienne - bo "ich" - zwyczaje. Nam pozostaje tylko wierzyć, że będą w stanie stawiać opór sile zachodu do utraty tchu. Śmierć w każdej kulturze to sacrum. Związane z nią obrzędy oddają istotę człowieka i jego podejścia, nie tylko do śmierci, ale również do życia. Indianie Ameryki Południowej ze szczególną czcią żegnają, tych, którzy odeszli. Choć w rzeczywistości pozostali wśród nich, z tą różnicą, że pod postacią ulubionego drzewka, głazu, czy zakwitającego na wiosnę kwiatu. Nie ważne jak, ważne aby czcić, szanować i wierzyć, że jeszcze kiedyś spotkają się ofertyMateriały promocyjne partnera Odpowiedzi Morcin odpowiedział(a) o 16:18 Indianie maja zarost, tylko bardzo rzadki, praktycznie niewidoczny. owieczka odpowiedział(a) o 19:22 Indianie mają zarost ale po prostu mniej widoczny, nie stosują żadnych specyfików :) blocked odpowiedział(a) o 17:10 reniasa odpowiedział(a) o 10:46 Nie sądzę, żebyś mógł kupić taki specyfik w Rossmanie i gdziekolwiek, ale jak się uprzesz, to możesz popytać w aptece. blocked odpowiedział(a) o 15:36 Są chyba jakieś specyfiki dla kobiet do rozpuszczania wąsików, możesz to zastosować, ale facet bez zarostu to nie facet! Nie mają bo w dzisiejszych czasach nie mają już zbytniej możliwości zdobycia skalpu, więc musi im wystarczać ich własny co powoduje, że nie mają zarostu. Uważasz, że ktoś się myli? lub Dwójka polskich podróżników, Jarosław Frąckiewicz i Celina Mróz, zginęła - przepraszam za wyrażenie - w najbardziej klasyczny sposób, jaki można sobie wyobrazić, kontynuując proces kontaktu kulturowego, który - w przypadku Ameryki Południowej i świata zachodniego - trwa już od ponad 520 pierwszych i bardzo szybkich relacjach dziennikarskich o śmierci polskich podróżników mówiło się, że w jednej z wiosek Indianie zabili Polaków jako parę "pishtacos". Pishtaco to, według wciąż żywych wierzeń wielu peruwiańskich Indian, biały człowiek, który zakrada się do wiosek, aby zabijać, zdzierać skórę z twarzy i wycinać tłuszcz, który potem używany jest jako lekarstwo czy nawet paliwo do równie szybkich komentarzach polscy dziennikarze i podróżnicy, znający mniej lub bardziej realia Amazonii, piszą - jak Beata Pawlikowska - w obronie Indian; Jacek Pałkiewicz uważa, że kajakarze zginęli przez konflikt cywilizacji; Elżbieta Dzikowska - że nie zaatakowano ich jako Polaków, ale jako białych; Zdzisław Preisner też przychyla się do opinii, że Polacy to przypadkowe ofiary cywilizacyjnego konfliktu. Dlaczego w przypadku zabójstwa przez Indian - z założenia - broni się zabójców, dlaczego Polacy to również biali, dlaczego zabici, to ofiary konfliktu cywilizacji i na czym on polega? Dlaczego kolorowych bronią biali, rówieśnicy tych, którzy zginęli? Pishtacos czyli kto?W literaturze ikonograficznej pierwsze informacje o pishtacos pochodzą już z hiszpańskich kronik z drugiej połowy XVII wieku. Pishtacos byli - według wyobrażeń tubylczych - hiszpańscy konkwistadorzy i misjonarze katoliccy, którzy dokonywali ekstrakcji tłuszczu Indian w celu poprawy brzmienia dzwonów kościelnych i leczenia niektórych chorób, np. reumatyzmu, ospy czy złamania kości. Współcześnie pishtacos są zazwyczaj utożsamiani z ludźmi wysokimi, białymi, z blond włosami, brodatymi, mówiącymi z amerykańskim akcentem, chodzącymi w długich płaszczach i niebieskich dżinsach, noszącymi broń albo noże, mającymi zarost, mówiącymi nerwowo i gestykulującymi. Wyobrażenie o pishtacos - zabijających w celu uzyskania tłuszczu ludzkiego - pozostało, zmienił się tylko ich wygląd. W dzisiejszym Peru znane są zabójstwa w celu pozyskania tłuszczu ludzkiego. Prasa codzienna donosi często o tego rodzaju wydarzeniach. Morderstw dokonuje się w celach komercyjnych; tłuszcz ludzki nadal jest uważany za doskonały specyfik leczniczy. Morderstw dokonują oczywiście Peruwiańczycy, ale mit o białych pishtacos, jako tradycyjna figura myślowa, nadal funkcjonuje od czasów kolonialnych w andyjskich i amazońskich obszarach jako nośnik cech społecznychWśród społeczności tubylczych dyskurs białego, a ściślej rzecz biorąc - ciała człowieka białego, posiada metaforę porządku społecznego odzwierciedlającego społeczną relację podporządkowania, przekładającą się na ucisk i wyzysk, z jakim rdzenna ludność Andów i Amazonii ma do czynienia od momentu pierwszych kontaktów z Europejczykami, a później Metysami. Na porządek społeczny nakłada się porządek fizyczny - Indianie są niżsi, drobniejszej budowy, fizycznie słabsi. Biali pishtacos natomiast są bardzo wysocy, silni, dobrze zbudowani, owłosieni na całym ciele. Na te fizyczne cechy nakłada się rys związany z atrybutami odmienności kulturowej: ubrania, posiadane rzeczy materialne, inny sposób zamieszkania, inne jedzenie, gesty, niezrozumiały język - w tym zawarta jest i wyraża się kwintesencja bycia białym dla przeciętnego odbiorcy naszego świata. Wszystkie te obiekty posiadają w sobie "biel", kondensację bycia białym. Biały, biały człowiek to byt, ucieleśnienie i kumulacja wszystkiego, co wyobrażone na jego temat. W naszej kulturze ciało się uprzedmiotowiło, stało się własnością osobistą, przez którą przemawia tylko indywidualne ja. Nasze ciało oderwało się od przedmiotów i oddzieliło od kontekstu społecznego i kulturowego, nie wyraża nic poza osobą, która nim (w nim) jest. Ciało fizyczne straciło związek z ciałem społecznym. Innymi słowy, jednostka nie ma swego odzwierciedlenia w relacjach społecznych, takich jak przyjaźń, pokrewieństwo, sąsiedztwo, naród, kultura czy cywilizacja. Ciało przekształcono w kategorię obiektu gospodarczego, towaru, którym zarządza się politycznie w zdyscyplinowany sposób na rynku ekonomicznym. W dyskursie tubylczym natomiast, w ciele lub innym obiekcie materialnym lub myślowym, np. w kamieniach albo snach, kumulują się wszystkie kategorie, które ciało/obiekt przeszły doświadczyły w swoim życiu, w sposób realny czy też wyobrażony, w postaci zachowań, myśli i snów, zarówno osobistych, jak i tych, które są doświadczeniem wszystkich, z którymi się żyje. Ciało jest więc nośnikiem wszystkich cech społecznych; a jeżeli są nim doświadczana przez Indian nierówność społeczna, wyzysk ekonomiczny, bieda materialna, przemoc fizyczna i symboliczna, to przez eliminację ciała - taka jest logika myśli - można je wyeliminować ze swojego życia, unicestwiając ciało, które jest nośnikiem wszystkich tych negatywnych Rambo uwalnia więźniów z raju?Na co dzień, w skali masowej, Indianie nie mają stacjonarnego kontaktu z białymi, ich doświadczenia są okazjonalne, szczątkowe i fragmentaryczne. Ich wiedza "szersza" o nas jest albo - właśnie - organoleptyczna, bazująca na poznaniu zmysłowym, słuchowym, dotykowym, wzrokowym czy smakowym, lub wyobrażona i zapośredniczona np. przez współczesne media, film, telewizję itp. i zrelatywizowana do optyki własnego doświadczenia kulturowego i wiedzy o własnym świecie. Na przykład ludzie, którzy giną w filmach, według Indian, giną naprawdę; biali są silni i potrafią się bić i zabijać gołymi rękoma, bo Jean-Claude van Damme robi to perfekcyjnie; zabudowania i przestrzeń obozu wietnamskiego, z których Sylvester Stallone ma uwolnić amerykańskich więźniów, są wspaniałym miejscem do zamieszkania, bo drewniane "domy" są równo wybudowane, trawa jest przystrzyżona i wszystko jest ogrodzone. To tylko niektóre przykłady postrzegania nas przez Innych, nieposiadających kompetencji kulturowej naszego świata. My zresztą też tak samo myślimy o nich, za pomocą naszych figur i skryptów myślenia, uważając np., że jeżeli chodzą nago, to panuje u nich rozwiązłość seksualna, gdy mieszkają w lesie, to są dzicy, a jeżeli myślą magicznie, to są irracjonalni. Polscy podróżnicy mieli wyjątkowego pecha, doświadczając dyskursu tubylczego w najbardziej radykalnej, bo urzeczywistnionej postaci. Gdyby skończyło się na słownych groźbach ze strony Indian, można by to odnotować w dzienniku podróżnym jako przygodę i "kontakt z wierzeniami rdzennych mieszkańców Amazonii". Było jednak ostatecznie i radykalnie, myśl i wyobrażenie przełożyło się na praktykę i realizację. Dla Indian, obok których zamieszkali czy przebywali podróżnicy, było za dużo danych zgodnych z ich kulturowym wyobrażeniem o pishtacos; Jarek i Celina - swoim wyglądem, swoją "bielą", zachowaniami, ubiorem, posiadanym sprzętami, oddzieleniem miejsca zamieszkania od Indian - idealnie wpisywali się w to wyobrażenie. Nie musieli nic robić, by sprowokować Indian, wystarczy, że byli tacy, jacy byli. Na pewno czynnikiem niesprzyjającym, może nawet języczkiem u wagi, był fakt, że sprawcy byli pijani, to bardziej jeszcze uwalnia agresywne emocje i uruchamia mechanizm przekładania wyobrażeń na czyny. Prawdopodobnie nie cała społeczność uległa zbiorowemu strachowi i nie uczestniczyła w akcie zbrodni; był to jednostkowy akt przemocy, którego motywem były zbiorowe wyobrażenia o mogło się to przytrafićZachwyt światem, wymarzona podróż, euforia życia, wychodzenie do świata, obdarowywanie świata sobą, my pod strzechą świata, poznawanie innych w duchu tolerancji i zrozumienia, wszyscy jesteśmy obywatelami świata - to wartości naszej kultury, naszego młodego społeczeństwa, które jeszcze żyje euforią poznawania i odkrywania dalekich zakątków świata. Jeszcze kilkanaście lat temu były to najwyżej Bieszczady, Mazury czy Włochy. Dziś Kilimandżaro, Andy, Tybet, Sahara, Amazonia stepy Azji. Tam, gdzie kiedyś podróżowali odkrywcy i badacze, teraz jeżdżą fascynaci, wariaci, włóczędzy, turyści. Wszyscy chcą poznać i zobaczyć, doświadczyć i przeżyć odmienność, inność, egzotyczność, chcą siebie przepełnić zadziwieniem, pozbyć się nudy, żyć niekonwencjonalnie, inaczej, chcą czerpać z przepisów na życie mistrzów, z jakimi mieli do czynienia w całej swej historii życia, sami chcą być mistrzami. Nie ma w tym nic negatywnego, są to pozytywne i cenione wartości naszej kultury, wyznaczniki rozwoju cywilizacyjnego, kierunki rozwoju osobowego. Lecz są to kategorie nasze, wyłącznie naszej kultury i naszego świata. W zetknięciu z kulturą, która nie rusza się z miejsca, zna i rozumie tylko siebie, jest zakotwiczona w codzienności tu i teraz, która nie jest mobilna, oparta tylko na więzach ze swoimi, z którymi żyje się od początku i do końca - taka cywilizacja otwartości i doświadczania innych kontekstów kulturowych jest niezrozumiała i obca, może budzić lęk i przygnębienie, agresję i odrzucenie. W tym właśnie sensie głosy polskich podróżników i dziennikarzy wydają się bronić Indian, wskazując na sposób myślenia rdzennych mieszkańców Amazonii. Ci, którzy znają kontekst, rozumieją mniej lub bardziej intuicyjnie motywy działania sprawców zabójstwa. Myślę, że każdemu mogło się to przytrafić, a przypadek polskich podróżników jest tego najlepszym i najnowszym przykładem. W historii poznawania i zasiedlania Amazonii przez białych zabójstwa misjonarzy i antropologów przez Indian są dowodem na to, że nawet przy wielkim zaangażowaniu i poświęceniu (misjonarze), a także wielkiej otwartości na odmienność, chęci jej poznania i posiadania przy tym narzędzi analitycznych do rozumienia innych (antropolodzy), w wyniku barier kulturowych, nieumiejętności ich przekroczenia, dochodzi niekiedy do nieporozumień tak istotnych, że ich konsekwencją może być utrata życia.***Autor jest antropologiem, doktorantem w Instytucie Etnologii Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu. Od 25 lat prowadzi badania w Amazonii wśród społeczności indiańskich. Prowadzi też wyprawy do Amazonii dla Fundacji Marka Kamińskiego. Tekst napisany na podstawie własnych badań i artykułu Ernesto Vásquez del Aguila, "El pishtaco: Mito, rumor y resistenci".

indianie zatruwali nią strzały